Zapiski marmaroskie

with Brak komentarzy

Nasza kolejna wyprawa do Rumunii

casa faina

Boże Ciało 2019. Prawie lato. Świat kwitnie, bzyczy, kicha. Zaczyna się nasza kolejna wyprawa do Rumunii. Prawie pustą drogą, przez czerwcowo zielone lasy i pola, jedziemy na południe. Nasza wakacyjna, ukochana droga na Barwinek. Ale tym razem w Svidniku kierujemy się na Stropkov a nie jak zazwyczaj na Koszyce.

Widać, że ta trasa w odróżnieniu od kierunku balatońsko-chorwackiego jest mało popularna. Więcej pyłu, więcej dziur w asfalcie. Ruch niewielki. Grupki ludzi gęsiego idą poboczami. Widać ślady jakiejś niedawnej ulewy. Smugi błota na drodze, sąsiedzi gromadzący się przy ogrodzeniach, pochyleni nad studzienkami. Wielkie kompleksy rolne podupadłe: gotowa scenografia do filmu katastroficznego czy też horroru. Rdzewiejące kombajny jak machiny nie z tej ziemi. Żelbetowe czeluście. Nawet słońce świeci jakieś bledsze – ale może to tylko złudzenie.

Święta rzeka Węgrów

Trzy razy na Węgrzech przekraczaliśmy wody majestatycznej Cisy – naówczas żółte i wezbrane. Rzeki niezmiennie od lat mnie fascynują. Od razu zaglądam więc do mapy. Tisa rozgranicza rumuńską część Maramures od ukraińskiej Marmaroszcziny. Wpłynąwszy do Węgier staje się Tiszą, świętą rzeką Węgrów. Zatacza pętlę, wreszcie odbija na południe, mija wzgórza Tokaju i za Segedynem wpływa do Serbii. Przed Belgradem, znów zwana Tisą, uchodzi do Dunaju. 

Chciałoby się zatrzymać na zielonym brzegu. Słuchać hipnotyzującego chlupotu. Zagrać w misie-patysie.

Wjeżdżamy do Rumunii

Wjeżdżamy do Rumunii. Za miastem Satu Mare mamy do wyboru dwie drogi. Tym razem wybieramy szlak południowy, przez Baia Mare. Wrócimy północnym, przez Syhot Marmaroski i Sapantę. 

Miasta Satu Mare i Baia Mare sprawiają przygnębiające wrażenie. Mocno widać ślady czasu. Komercjalizacja po upadku gospodarki socjalistycznej niestety jeszcze bardziej pogłębiła przykre wrażenie. Pomalowała podupadłe, komunistycznej proweniencji gmachy na jaskrawe kolory, okleiła je wątpliwej jakości reklamą. Podobnie jak u nas – tylko chyba jeszcze gorzej… Z przyjemnością za to robimy zakupy. Choć to tylko poczciwy Lidl, to jednak znajdujemy tu spory wybór lokalnych warzyw i innych rumuńskich przysmaków sprzedawanych pod marką „camara noastra”. Chciałabym kupić wszystko. Co za sery, kozie mleka! Jaka przepyszna śmietana z bawołu – po prostu najlepsza! Wspaniałe wędliny (Babic!), delikatesowa słonina. Kupujemy też rozmaite słoiki: taką na przykład zakuskę znamy już doskonale z pobytu w Transylwanii, ale inne przetwory bierzemy „na ślepo”. Kupujemy też herbatkę – jak się później okaże jest to napar z dziurawca. Ups!

Krajobraz Marmarosz

Krajobraz Marmarosz pięknieje stopniowo odkąd odbijamy na północ. Najpierw mijamy miasteczko Cavnic, które po upadku miejscowych kopalni metali szlachetnych postawiło na turystykę i staje się narciarskim kurortem. Przed nami przełęcz Pasul Nateda. Serpentyny i piękne panoramy. Stada owiec na ukwieconych łąkach. Zjeżdżamy w bajkową dolinę i mijamy karczmę Hanu Lu Cobala (bardzo dobry rating na mapach gogle). Zaraz za nią mamy na trasie „antygrawitacyjną” atrakcję. W pewnym miejscu otaczający krajobraz sprawia, że podróżujący drogą ulegają złudzeniu: wydaje im się że trasa pnie się do góry, tymczasem w rzeczywistości opada w dół i samochód ze skrzynią biegów wyrzuconą „na luz” toczy się… ale jakby pod górę. 

Kolejna miejscowość Budesti to już zupełnie inny świat. Widać że jesteśmy w Marmarosz. Dominuje tradycyjna architektura drewniana. Pojawiają się te jakże charakterystyczne dla regionu, bogato zdobione, drewniane bramiszcza. Zjazd na Breb pojawia się znienacka. Łatwo go przeoczyć wśród achów i ochów, jakie wywołują roztaczające się panoramy – szczególnie ta ze skałą „Koguci Grzebień” w koronie (Creasta Cocoşului). 

Wypatrujcie z daleka tradycyjnej bramy, którą mieszkańcy ustawili nad dróżką prowadzącą do wioski. 

A ta dróżka, początkowo asfaltowa, kruszeje pod kołami coraz bardziej – im dalej od głównej, bardzo dobrej drogi. W samym Brebie resztki asfaltu zamieniają się w kamienny bruk – przy czym jazda po tym bruku samochodem, ze względu na przepastne koleiny i wystające jak Copa Cabana kamienne łby to wyzwanie. Golfik jednak świetnie daje sobie radę i nam się ta jazda podoba. Nawigacja prowadzi – ale co chwila mam wątpliwości. Czy tu rzeczywiście się da skręcić? Czy przez te chaszcze jest przejazd? Końcówka dojazdu to już droga gruntowa, środkiem której płynie sobie stróżka.

 

Droga z ciasnej zabudowy wioskowej wyprowadza nas na położoną powyżej wioski łąkę, na której z daleka, na tle panoramy gór ukraińskiego Zakarpacia, w zachodzie słońca błyszczy nasz domek. Śliczny, czy też śliczna „Casa Faina”. 

Dalej da się jechać już tylko traktorem.

Gospodyni i jej pomocnicy

Przychodzi gospodyni Roxana. Towarzyszy jej szczeniak imieniem Fizier (?) czy jakoś tak. Nazwaliśmy go Fruzio. Fruzio wprowadził się do nas na czas naszego pobytu. Jeszcze tej samej nocy nasz dobytek powiększył się o kociątko – które jak się okazało było niemal całkowicie ślepe. Kicia i Fruzio początkowo toczyli ze sobą spory, ale z czasem się zaprzyjaźnili.

Wakacje u babci na wsi. Pamiętasz?

Kto jako dziecko spędzał wakacje u babci na wsi temu łatwiej będzie sobie wyobrazić Breb. Gdakanie stadka kur i gęganie gąsek przy płotach, stukot końskich kopyt i chrzęst ciągnionego przezeń wozu z sianem na drodze. Garnki na płocie i na gałązkach owocowych drzew. W sadzie ule. Bliżej domostw, ogrodzone plecionym z witek wierzbowych płotem, zadbane ogródki warzywne: zagonek pomidorów, groch na tyczkach, rządki marchwi i pietruszki. Pióropusze chrzanu, kuliste kwiaty cebuli. Wesołe, stukolorowe rabatki kwiatowe. Królują wypielęgnowane róże. O ścianę oparte narzędzia pracy: trójzębne, drewniane widły, szerokie grabie, drobne motyki. Obok podwieszone drabiny, płozy od sań. Na tych drabinach sznury suszących się ziół i warzyw. Idąc kamienistą drogą nie mogłam się powstrzymać od robienia zdjęć chwastom i kałużom. Zadziwił nas ośmiolatek prowadzący traktor pod czujnym okiem taty. Zaskoczyła babuleńka w chustce i szerokiej spódnicy zachwycająca się moim synkiem po Rumuńsku– chwila moment i Kuba cały wyprzytulany. Czy można wzruszać się i zachwycać i zaciągać nutą zapachu gnojówki obecną w powietrzu? Można!  

Znad zazdrostki okienka naszej chatki mogłam od wczesnego rana obserwować całe rodziny pracujące przy sianie – mamy czerwiec. Co dzień rosły nowe, wysokie i strome stogi. Ich charakterystyczny wizerunek to kolejna, obok rzeźbionych bram, wizytówka regionu.

Nic dziwnego, że Brebem zachwycił się sam książę Karol. Ten książę. Jest właścicielem jednego z gospodarstw położonych w centrum wsi. Atmosfera miejscowości przyciąga ludzi z całego świata. Sprowadzają się tu nie tylko Rumuni ale i obywatele innych państw. Na YT można obejrzeć reportaże poświęcone historii Brytyjczyków, którzy postanowili opuścić Królestwo i Londyn i osiąść w Brebie. Filmy pokazują renowację domów, spotkania przybyszów z lokalną społecznością.  Dość sławna jest też historia pary Holendrów, którzy zakochali się w tym miejscu na ziemi. Zakupili od miejscowej babci gospodarstwo i na jego terenie prowadzą dziś sławny wśród europejskich hipisów i hipsterów kemping Babou. A Babcia, poprzednia właścicielka, mieszka u siebie po dziś dzień i cieszy się sławą i poważaniem wśród gości kempingu. Tutaj ich historia. 

Zwiedzamy i smakujemy Breb

W Brebie są dwie restauracje. Jedna leży przy głównej drodze prowadzącej w górę wsi (CASA BY DOCHIA, BREB AND BUTTER), a druga na górnym jej krańcu, nieopodal kempingu Babou (BREB 148, LOCAL FOOD AND GARDEN). W obu można zjeść śniadania w formie szwedzkiego stołu. W porze obiadowej obowiązuje natomiast jakieś menu, które zmienia się każdego dnia. My, z jednodniowym wyprzedzeniem, zamówiliśmy w Breb and Butter obiad. Prosiliśmy o niespodziankowe specjalności z regionu. Oto co dostaliśmy:

Druga restauracja, BREB 148,  wygląda tak:

Cerkiew i cmentarz w Brebie

Znaną atrakcją turystyczną Brebu jest stara drewniana cerkiew i położony obok niej cmentarz. Niestety tylko przez okna mogliśmy zajrzeć do środka kościółka. Za to po cmentarzu mogłam się poszwendać do woli. Całkiem miły spacer: cmentarz, jak sad, tonie w zieleni.  

Casa Faina

Casa Faina. Ten dom to mój wymarzony ideał wakacyjnego lokum. Przytulnie, meble i sprzęty z duszą, lokalne, tradycyjne dekoracje. Na dole mieści się kuchenka z jadalnią, łazienka i pomieszczenie zwane przez Roxanę „pokojem dla ochłody”. Tą nazwę pokój zawdzięczał chłodowi, który podobno stale w nim panuje. W czerwcu tak było. Znajdowała się tu kolekcja strojów ludowych –można ich używać, z czego chętnie skorzystaliśmy. A kuchnio – jadalnia to istne cudo! Buzia mi się śmiała ilekroć do niej wchodziłam. Dwie sypialnie na górze też cudne – no i ten widok z okien! Poezja.

Żeby się jak najwięcej nacieszyć klimatem tego miejsca, co dzień wstawałam jako pierwsza. Na tyciej kuchence nastawiałam kawiarkę i  zasiadałam w towarzystwie kota na werandzie. Słuchając śpiewu ptaszków nieśmiało odpowiadałam na pozdrowienia udających się w pole mieszkańców Brebu, tudzież zabłąkanych turystów, którzy przechodzili obok naszej chatki. No cu-dow-nie. 

Po mleko i ser - do sąsiada!

Zanim wstały dzieci szliśmy z mężem na przełaj przez łąki, po rosie, do sąsiadów po mleko i ser. Lapte. Branza. Tyle potrafiliśmy powiedzieć. Co nie przeszkadzało nam siedzieć u sąsiadów 20 minut i machać rękami. Zanim zapłaciliśmy za butlę mleka i kulę sera musieliśmy (ósma rano!) wypić po kieliszku bimbru. Koniec końców, po kilku dniach i bimber się kupiło. A pyszny chleb dostaliśmy w gratisie, jako dodatek do wideł, które zakupiliśmy również u tych sąsiadów. Na pamiątkę. Po miód była nieco dłuższa droga. Właściciel dużej pasieki mieszkał jeszcze wyżej – w stronę Koguciego Grzebienia. Masło robiliśmy sobie sami z tego mleka. Warzywa zaś kupiliśmy na przydrożnym straganie podczas jednej z wycieczek. No i mieliśmy też zapasy z Lidla. Na dole wsi, na samym jej początku jest sklepik. Tu można kupić wszelkie produkty pierwszej potrzeby. Oferta jest skromna, gdyż większość mieszkańców samodzielnie wytwarza jedzenie na swoje potrzeby. Większe markety są w położonej obok miejscowości Ocna Sugatag. Albo w Cavnic.

Na śniadanie był więc chleb z masłem, smażone kiełbaski z zakuską, pachnące słońcem pomidory i sery dla nas oraz mleko prosto od krowy z płatkami dla dzieci. O dziwo, cała trójka bez wahania napiła się po łyku takiego mleka prosto z garnka, kiedy całą rodziną byliśmy u sąsiadów i babcia sąsiadka częstowała nas swoim mlekiem 😊 Żeby pokazać ze pycha głaskaliśmy się po brzuchach a babcia kiwała głową z satysfakcją.

Po śniadaniu  planowaliśmy dzień. Najczęściej kończyło się tak, że wygrywała opcja pozostania w Brebie. Tu można było przecież robić takie wspaniałe rzeczy: rozłożyć koc na szmaragdowej trawie. Z perspektywy żuczka patrzeć na nadpływające znad Zakarpacia burzowe chmury. Pobrykać z Fruziem, pospać z kicią. Można było pójść na spacer przed siebie, przypomnieć sobie, jak kwitną kartofle. Ugotować na jednopalnikowej kuchence elektrycznej pyszny obiad – uwielbiam gotować.  

I tak brebowaliśmy sobie do zmroku. 

Można było też przebrać się w brebowe stroje 🙂

Pewnego dnia zauważyliśmy z naszej werandy grupkę dzieci idącą przez „naszą” łąkę. Dzieci były ubrane w stroje ludowe. Podbiegłam do nich z aparatem i „na migi” poprosiłam o możliwość zrobienia zdjęcia. Dzieci pozowały mi pięknie w odpowiedzi. Tego samego dnia jeszcze kilkukrotnie natknęliśmy się na dzieci i młodzież  w strojach ludowych. A nazajutrz, w niedzielę na ludowo ubrali się wszyscy, którzy podążali do cerkwii na nabożeństwo. Z tego co czytałam, zwyczaj ubierania strojów tradycyjnych jest tu bardzo powszechny. Obserwuję naszych gospodarzy na Instagramie, i widzę, że całe lato w ich sadzie odbywały się koncerty muzyki ludowej w wykonaniu wystrojonych na ludowo muzyków.

Gotowanie w kotliku - fajna sprawa

Po raz kolejny, bo pierwsza okazja była po temu podczas naszej wizyty w Transylwanii, mogliśmy też zobaczyć jak spędzają weekendowe wieczory Rumuni. Wygląda na to, że ich ulubiona forma integracji to wspólne gotowanie na świeżym powietrzu. Gotowanie w „kotliku” – czyli wielkim garnku podwieszonym nad ogniskiem albo osadzonym na palenisku typu „koza”. Szanuję – takie balowanie jest mi bardzo bliskie. Po powrocie do Polski kupiłam sobie własny kotlik w komplecie z wielgaśną chochlą. Akurat były na wyprzedaży w Tesco. Do końca lata 2019 gotowałam zawzięcie gulasze z zacierkami albo żeberka z kapustą.

Wycieczki: do zespołu klasztornego w Barsanie, do miasta Syhot Marmaroski i do wesołego cmentarza w Sapancie.

Wycieczek było więc niewiele. Jedna do zespołu klasztornego w Barsanie. Druga do miasta Syhot Marmaroski. W drodze powrotnej natomiast zaliczyliśmy też wesoły cmentarz w Sapancie.

W Syhocie Marmaroskim poczułam się jakby przeniesiona we wczesne lata 90. Małe sklepy, w których można kupić wszystko – od słodyczy przez meble po sztuczne kwiaty. My w takim sklepie zakupiliśmy na przykład kartę parkingową. Muzeum, w którym jest ciemno, tylko tuż przed przechodzącym zwiedzającym ktoś zapala światło – i zaraz za nim je gasi. Pusta poczta na 15 stanowisk, w której urzędują dwie Panie i echo. Na tej poczcie nie da się jednak kupić pocztówek. Pocztówki najlepiej kupić w muzeum. Wiem, że w Syhocie jest Muzeum Pamięci Ofiar Komunizmu i Ruchu Oporu. Są także miejsca upamiętniające zagładę tamtejszej społeczności żydowskiej w czasie II wojny światowej. Otwarcie przyznam się, że unikam takich miejsc. I nie dlatego, że chcę żyć w stanie błogiej nieświadomości, ale dlatego, że moja natura sprawia, że myśli o ludzkim okrucieństwie i zbrodniach towarzyszą mi na co dzień. A każde zetknięcie się z materialnym jego przejawem, bodaj ze zdjęciem albo przedmiotem, przytłacza mnie i odbiera chęć do życia. Zamiast więc iść do muzeum wojny wpłacam regularnie jakąś kwotę na instytucje wspierające cierpiących z jej powodu. Wychowuję dzieci tak, aby były wrażliwe na los bliźnich i odporne na demagogię i różne „izmy”. 

Z Syhotem graniczy gmina Sapanta, w której znajduje się sławny „Wesoły Cmentarz”. Odwiedziliśmy to miejsce tylko dlatego, że znalazło się na szlaku naszej drogi powrotnej do Polski. Tak jak się spodziewaliśmy na podstawie przeczytanych opinii, miejsce jest przesiąknięte komercją i skąpane w świecidełkach. Nad mogiłami góruje wielka, pozłacana świątynia wątpliwej urody. Cała ta kiczowata oprawa odbiera miejscu uroku, jaki w innych okolicznościach mogłyby na zwiedzających wywrzeć prymitywistyczne wizerunki zmałych. Wolę te wszystkie inne, skromne i ciche marmaroskie cmentarze, z chylącymi się krzyżami, mogiłami ukrytymi w wysokiej trawie, z wroną na dziurawym płocie i muzyką dzwonów w tle.

 

Barsana to zespół klasztorny, ze względu na swoją unikatową dla regionu architekturę drewnianą wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Zespół obejmuje dwa kościoły (stary i nowy) budynki klasztorne, kaplicę. Całość uroczo rozlokowana jest na wzgórzu. Zwiedzający spacerują alejkami wśród kwietnych rabat. Przy bramie funkcjonuje kuchnia klasztorna, w której za naprawdę niewielkie pieniądze, w konwencji przypominającej mleczny bar, można spróbować  smaczenej, tradycyjnej kuchni – najlepiej wszystkiego po troszku 😊. Uwaga, bufetowe zakonnice są małomówne i nie mają zrozumienia dla niezdecydowanych klientów, co okazują przewracając oczami i plaskając jedzeniem na talerze 😊 Ma to swój urok.

Na pewno w menu będzie mamałyga z serem (branza), jakaś zupa. „Ciorba” to zupa wytrawna, „zeama” albo „supa” będzie słodkawa. „Ciorba de burta” to flaki jakby co. „Sarmale”  to mini gołąbki z mięsnym farszem. Z mięsnych dań spodziewajcie się też gulaszu oraz „mititei”  (wieprzowe kotleciki o podłużnym kształcie). Na pewno będzie „placinta”, czyli rodzaj ciasta z różnymi nadzieniami – na słono ale również na słodko. Placinta bywa smażona albo pieczona. Naleśniki z kolei to „papanasi”.

Maramues słynie z drewnianych cerkwi. Do najsławniejszych, obok Barsany należą te w Budesti, Desesti, Izeud, Plopis, Poenile Izei, Rogoz czy Surdesti. My jednak stwierdziliśmy, że skoro widzieliśmy już dwie (Barsana i Breb), to nie musimy oglądać pozostałych 77. 

Ale jak to? Nie chce nam się?

A no nie. Nie żeby nas zwiedzanie nudziło. Po prostu, tym razem perspektywa spędzania czasu w naszej chatce w Brebie okazała się dla nas bardziej kusząca. Taka filozofia podróżowania, aby nie gonić z przewodnikiem od zabytku do zabytku, nie dbać o zaliczenie kolejnych „must see” atrakcji  jest mi coraz bliższa.  Zamiast tego lepiej zatrzymać się na chwilę i odpowiedzieć sobie na pytanie: czego mi naprawdę w tej chwili potrzeba. Może się okazać, że będzie to właśnie leżenie w trawie albo głaskanie kota. I wykreślenie absolutnie wszystkich zadań do realizacji z dzisiejszego kalendarza. 

Postanowienie na przyszłość – odpuszczać więcej i częściej.