Rumunia w maju.

Rumunia w maju.

with Brak komentarzy

Budzi mnie miarowy, stłumiony tętent i metaliczny dźwięk dzwonków dobiegający tuż zza drewnianej ściany. Po kilku dniach spędzonych w Sibiel wiem, że to stadko krów z pasterskimi dzwonkami na szyjach zmierza w górę doliny. Przez uchylone, ozdobione wiankiem pelargonii okienko do wnętrza naszej chatki wpada rześkie powietrze. Słychać szum strumienia. Szumi głośno – całą noc padał deszcz. Najlepiej wysypiam się w deszczowe noce. Na antresoli naszej chatki jakimś cudem zmieściły się trzy łóżka. Na jedno z nich wchodzi się wprost z drabiny. Opatulam synka i schodzę na dół. Skrzyp-skrzyp! Tutaj stoi jeszcze jedno łóżko. Zarys profilu, włosy rozsypane na poduszce. Na stoliku książka i smartfon. Na podłodze pęczek kredek. Uśmiecham się i rozglądam dookoła. Mam słaby wzrok a w chacie wciąż panuje półmrok. Na klawikordzie (czy cokolwiek to jest) stoją dwa mikroskopy – na jednym z nich więdnie listek. Na ścianach wiszą: gitara, mandolina, fletnia pana, harfa, flety. W półmroku, spod pieca, połyskuje blady globus. Zakładam gruby sweter i wychodzę na zewnątrz. Przysiadam na malutkiej ławeczce i opieram plecy o drewnianą ścianę. Oddycham rześkim, górskim powietrzem. Wokół mnie mnóstwo zieleni, zatrzęsienie kwiatów. A więc tak wygląda Rumunia w maju.

Nie zamieniłabym naszej chatki na żadnego hiltona. Mieszkamy w Pensiunea Mioritica, u Pana Sorina. Jak zwykle podczas naszych podróży – szukam miejsca z duszą i klimatem.

Co warto zobaczyć w Estonii. Gdzie spać, co jesć, co kupić…

Chorwacja – wspomnienia z wakacji 2014

Dwa kroki i już uchylam ciężką, drewnianą furtę i wychodzę na uliczkę. Sibiel to typowa wioska rumuńska o saksońskich korzeniach. Podwórka murowanych domostw kryją się za wielkimi wrotami. Cześć gospodarstw jest odnowiona, ale na wielu wyraźnie widać piętno czasu – pastelowe kolory tynku pokrywają szczeliny pęknięć, plamy.  Tu i ówdzie mijam chylące się figurki, pokryte spękaną polichromią kapliczki. Klimaty rodem z Drakuli… Niebo zaciągnęły szare chmury. Jodły na wzgórzach majaczą niczym duchy. Mży, a zroszone bzy pachną obłędnie. Droga w górę strumienia, przez górski, bukowy las, prowadzi do polany, na której stoi pradawna pustelnia. Mnich – pustelnik otworzy nam jutro drzwi dwu cerkwi: starej i jeszcze starszej (dokumenty mówią, że pustelnia istniała już w XVI wieku). Kupię tam  kilka cienkich, długich świeczek pachnących miodem.

 

Rumunia Transylwania w maju

Siedmiogród czy Transylwania… Wołosi, Szeklerzy, Sasi, Romowie. W najmniejszej wiosce widzę i kościół, i zbór, i cerkiew. Jak to możliwe? Szukam, czytam… Jakie to zawiłe. Kim są współcześni Rumuni? Potomkami Rzymian, jak chciał Ceaușescu? Daków? Czy Dakowie to naród celtycki? Czy Wołosi to Słowianie? A Saska krew niemiecka? Ile jej tu pozostało? A Węgrzy i Szeklerzy? Postanawiam pogodzić się ze znakami zapytania. Stawiać je nie odczuwając konieczności podsumowania ich zdaniem z kropką na końcu.

Nieco przypadkiem, wracając z Sighisoary, trafiliśmy do twierdzy Rupea, na której swój ślad pozostawił każdy z tych ludów. Ona widziała glorię i niedolę tego kraju.  Pierwsze ślady osadnictwa na wzgórzu datowano na okres Paleolitu. Później swoją “dava” (czyli osadę) zbudował tu tajemniczy lud Daków. Gród uległ siłom imperium rzymskiego. Podbita przez Rzymian, dacka Rumidava staje się “Castra Rupes”. Jej fortyfikacje będą teraz chroniły szlaków handlowych imperium, a cała kraina pojawi się na jego mapach jako “Dacia”. Pierwsze piśmienne wzmianki o twierdzy pochodzą z roku  1324. Zbuntowani przed królem Karolem I węgierskim sasi schronili się w murach cytadeli, która na ten czas nazywała się Castrum Kuholm (bazalt). Przez następne, długie wieki historię twierdzy jak i regionu podyktują Węgrzy. Rupea opierać się będzie a czasem i ulegać licznym najazdom, w szczególności tym ze strony Imperium osmańskiego. Ciekawe, że w prawdziwą ruinę twierdza popadnie dopiero w okresie reżimu komunistycznego.

Alba Iulia

Śladów Rzymian szukam w mieście-twierdzy: w Alba Iulia. Po ulicach, jak w niegdysiejszym castrum, maszerują oddziały legionistów. Na skwerach i placach, w namiotach wre praca rzemieślników, dymią paleniska, dookołą biegają dzieci w tunikach. Spod arkad otaczających dziedziniec katedry (Catedrala Încoronării), zagryzając rumianym, oblanym karmelem jabłkiem przyglądamy się pokazom walk i musztry. W cieniu murów twierdzy, na brukowanym dnie fosy zjadam pierwsze miti, zagryzam je szprotką i popijam piwem. Akurat w czasie naszego pobytu w Alba Iulia trafiliśmy na odbywający się tam co roku, w pierwszy weekend maja, Festivalul Roman Apulum

 

Z Alba Iulia wyruszamy do SIbiel, małej wioski w okręgu Sybin. Tam, w Pensiuneia Mioritica spędzimy najbliższe dni. Za oknem miga inny świat. W Rumunii, jak i w Polsce, większe miasta otacza wianek przygnębiających, szarych blokowisk, przemysłowych kombinatów. Ale już wioski są tu wyraźnie inne. Równe rzędy starych, murowanych gospodarstw ciągną się po obu stronach drogi. Bliżej centrum domy są bardzo obszerne, na obrzeżach mniejsze. Podwórza skrywają solidne, murowane ogrodzenia i wielkie, lite wrota. Rumunia na przełomie kwietnia i maja kwitnie już o wiele bujniej niż Polska. Nie ma pustych łąk: na każdej stadko owiec, krów, konie.

Siedem grodów. Odwiedziłam tylko dwa…

W średniowieczu na scenę wkraczają Sasi. Czyli Niemcy – bo takim mianem określali wszystkich przedstawicieli tej narodowości ówcześni Węgrzy. Skąd Węgrzy?  To właśnie oni podbili te ziemie w IX wieku. Chcąc zaludnić kresy swojego państwa i obronić się przed najazdami Szeklerów (na marginesie – Szeklerzy to także lud węgierski), król Gejza II z rodu Arpadów rozpoczął niemiecką kolonizację tej krainy. Węgrzy ziemie te określali imieniem Erdely (erdő = las, elve = region, wzgórza.). Węgierscy historycy są przekonani, że łacińska, znana na całym świecie nazwa Transylwania to tłumaczenie węgierskiego miana. Nazwa łacińska po raz pierwszy pojawiła się w średniowiecznym dokumencie pisanym łaciną jako ultra silvam (za lasem). Transylvania to wersja późniejsza i oznacza „po drugiej stronie lasu”. Sasi postanowili po swojemu ochrzcić ziemię na której osiedli: Siebenburgen.  My, Polacy również zwać będziemy odtąd tą ziemię “Siedmiogrodem”. Niemcy cenieni byli w ówczesnej Europie za swoją specjalistyczną wiedzę z zakresu górnictwa i gospodarność. Ślady ich fachowej pracy i talentu są dobrze widoczne. Budują piękne miasta, zakładają schludnie wytyczone wsie, nad którymi górują fortyfikowane kościoły

Sybin to jedno z najpiękniejszych saskich miast. Jest dostojny… a jego kamienice mają oczy. Na dużym rynku akurat odbywał się targ ogrodniczy, Na pamiątkę wyprawy kupiliśmy cebulki tulipanów. Sighisoara z kolei urzeka kolorami. Położenie na wzgórzu dodatkowo przydaje jej uroku. Przemierzylismy jej uliczki – w tym główny deptak (Strada Scolii), uliczkę Templariuszy (Strada Tâmplarilor). Słynnymi schodami “szkolnymi” wdrapaliśmy się na szczyt wzgórza, na którym króluje Biserica din Deal (Sf. Nicolae).

Kiedyś w sieci natrafiłam na album zdjęć rumuńskiej królowej Marii.  Zafascynował mnie. Niestety, nie widziałam zamku Peles,w którym mieszkała królowa. Dotrę do niego kiedyś drogą Transfagarasan – tego lata, kiedy wrócę do Rumunii. W maju trasa jest zamknięta.

Rumunia w maju to… zamknięta Trasa Transfogarska

Ach – Trasa Transfogarska… W maju górne partie drogi giną w śniegu i lodzie. Zostawiliśmy więc samochód przy dolnej stacji kolejki linowej (Cascada Balea) i samotny wagonik zabrał nas do krainy lodu jeziora Balea. Hop! Na każdym słupie podtrzymującym linę kolejki wagonik podskakuje i pojękuje a ja ze strachem spoglądam w otchłań pode mną. Myślę o tych 40 żołnierzach, którzy stracili życie podczas budowy drogi, tego szalonego pomysłu Nicolae Ceaușescu.

Nasz dom

W jednej z chatek w naszej “Pensjunei” mieści się prywatna wystawa gospodarza domu poświęcona historii Rumunii – a w szczególności właśnie reżimowi Ceaușescu i czasom komunizmu. Ze ścian groźnie spogląda towarzysz Lenin. Pobłażliwie uśmiecha się Nicolae. Dzieci w czerwonych chusteczkach na szyi i podkolanówkach idą w pochodzie pierwszomajowym. Wertuję woluminy “dzieł”, ważę w dłoni medale budowniczego systemu, przeglądam podręczniki, według których Wołga najdłuższa, Bajkał najgłębszy, Kuba najcieplejsza a Stalin najlitościwszy. W innej, także dostępnej dla wszystkich mieszkańców chatce, Pan Sorin, właściciel pennsjonatu, postawił dla swoich gosci duży stół. Ściany zdobi rumuński folklor: zdjęcia XIX wiecznych nowożeńców, koronki, hafty, naczynia. A ile tu w całym ogrodzie pergoli, zakątków dumania! W każdej altance “na podorędziu” leżą koce, poduchy.. Co wieczór dym unosi się z komina tej altany, w której jest duży grill. Rumuni to naród, który godnie czci weekendy: podróżuje i imprezuje w szerokim gronie. Tak też czynią nasi sąsiedzi z pensjonatu. W kotle nad ogniem co wieczór perkocze zupa, na ruszcie skwierczy słonina i miti… I my też nauczyliśmy się, jak robić miti.

Przyjechaliśmy tu pozwiedzać “Siedmiogród”. Zobaczyć, jak wygląda Rumunia w maju. Tylko jakoś wcale nie chce mi się nigdzie ruszać z tej chatki i z tego zielonego ogródka. Siedziałbym sobie tu najchętniej od rana do nocy. Dlatego pewnego dnia postanowiłam: dziś nigdzie nie jedziemy. Robimy to na co mamy ochotę. Moczymy nogi w strumieniu, opalamy się. Rysujemy, malujemy, czytamy, piszemy. Jesteśmy razem. Tutaj jest mój dom.