Chorwacja – wspomnienia z wakacji 2014

with 7 komentarzy
Email to someoneShare on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestGoogle+

Tym razem wyjeżdżamy „na spokojnie”, po południu. Nie ma, jak to bywało zazwyczaj, rozstrajającej pobudki o świcie. Ma być inaczej niż zazwyczaj: ma być bez nerwów i ciśnienia. W naszym przypadku to zadanie niełatwe.

Taka z nas troszkę „włoska” rodzinka.

Sinusoida z wysoką amplitudą. A czeka nas przecież kilkanaście godzin współbytowania w zamkniętej przestrzeni naszego auta. Kto przewoził trójkę kilkulatków na tylnym siedzeniu ten wie… Trzyletni Kuba na środku rozdziela dwie siostry: 10-latkę Emilkę i 7-latkę Milenkę. Dziewczyny jak zwykle oznaczają i urządzają swój teren w samochodzie. Tu smartfonik, tu poduszeczka i przytulanka, tu picie, tam kredki. Każda zakłada pamiętnik, już w od początku zawzięcie notują i ilustrują swoje wrażenia. Brat z wysokości swojego fotelika sprawiedliwie obdziela obie strony chipsami, okruchami, frytkami i czym tam tylko może. Kwestia kontroli jakości posiłków – jedna z drażliwszych sfer naszego domowego pożycia, na mój wniosek, na czas urlopu ulega anulacji.

Droga upływa nadspodziewanie wesoło. Odliczamy kolejne etapy wyprawy do naszej ulubionej Chorwacji. Cel : Peljesac (ponownie). KFC w Rzeszowie, hot-dogi i kawa w Barwinku (nie ma to jak latte na Orlenie), wojenne memoriały Słowacji, zachód słońca za żółtym od słoneczników horyzontem. Wypatrujemy zwierzątek, słuchamy „śmiesznego” radia.  Wspominamy… „O! tutaj w 2008 karmiłam Milenkę”, „A tutaj w 2012 zarobiliśmy mandacik!”. Uwielbiam tą trasę. Wreszcie dzieci zasypiają. I ja też przysypiam. Od czasu do czasu coś wyrywa mnie ze snu. A to słowacki policjant, a to postój na światłach w Budapeszcie, burza nad Balatonem. Nad Balatonem co roku dopada nas burza. Mąż dzielnie prowadzi. Zalicza tylko jedną drzemkę gdzieś na węgierskim parkingu. Co jakiś czas (zbyt często jak na gust kierowcy) trzeba się zatrzymać. Toaleta. Kawa. Pozbycie się zwałów śmieci.

Po przekroczeniu granicy hu-cro zwyczajowo zmieniamy się za kółkiem. Robi się nerwowo – bo tatuś zasługuje na drzemkę ale dzieci właśnie toczą bój… np. po czyjej stronie było po drodze więcej kotków. Ustawiam lusterko wsteczne na „kochasy” i gromię wzrokiem i pomrukiem. Dodatkowo zatykam dzioby lizakami. Synek czeka na tunele. Są! Za Bosilievo krajobraz powoli zaczyna się zmieniać. Zalesione wzgórza łysieją. Patrzcie dzieci – krajobraz przypomina stepy i prerię. Dziewczyny wypatrują mustangów. Horyzont pięknie zamyka masyw Velebitu. Wreszcie mijamy Zir i już wyglądamy tunelu Sveti Rok. Nie lubię prowadzić w tunelu.  Exit – Ulaz i znowu zmiana krajobrazu. Jest… skaliście. Białe skały pokrywa rdzawa  nalot. Zjeżdżamy niżej i na stacji mąż znowu przejmuje kierownicę. To po lewej, to po prawej migają zimno-błękitne kanał welebicki i Novigradsko More. Wreszcie autostrada znowu odbija na południe.

Autostrada
Autostrada

Pewnego lata (2013) biwakowaliśmy w Biogradzie. Wrażenia fajne – jak to na biwaku, tylko trochę za dużo w tym rejonie bałaganu i bilboardów z generałami. Robi się gorąco – ale i tak odkręcamy szyby bo już słychać cykady! Teraz liczymy wiatraki. Za chwilę już ich niezliczenie całe dookoła. Czytamy sobie drogowskazy. Szybenik (wakacje 2002 – piękne miasto). Split. Po prawej wyrasta ściana Biokova. Makarska (wakacje 2008 – Brela). Jak wygodnie – autostradą aż do przystani promu w Ploce. Przeprawa do Trpanj. Mały zawód – nie wypatrzyliśmy delfinów.

DSC_1609
prom z Ploce do Trpanj

Peljesac to dla nas wyjątkowe miejsce. Na chwilę obecną wakacyjny ideał.  Dlatego wracamy. Z Trpanja skalną bramą przedostajemy się do interioru półwyspu. Miła odmiana… Tu już nie ma autostrad. Wygodna wstążka drogi wije się pomiędzy oliwnymi gajami, winnicami, małymi miejscowościami.  Rozwidlenie… Do Drace i Stonu wybierzemy się na wycieczkę, a teraz skręcamy w prawo – na zachód.  Coraz ostrzej, w lewo, w prawo, droga czepia się zbocza góry i w pewnym momencie – wielki błękit! Buzie od ucha do ucha.

croa5

W dole już widać winnice Postupu. Ostry zakręt w lewo. Dobrze go znamy – byliśmy już tutaj w 2012. Wąska na jeden samochód droga doprowadzi nas bezpiecznie do celu podróży. Ale nie bez emocji. Przepaści od których zakręci się w głowie, serpentyny. Co minuta nowe panoramy. Achy i ochy. Skały, cyprysy, oleandry, oliwki. Gorące powietrze pachnie ziołami.

drogadosklepu2
droga do wioski

Będziemy mieszkać w małej rybackiej wiosce. Parafrazując pana K. – nie ma tu NIC.  A zarazem jest wszystko czego mi do szczęścia potrzeba.

Samochód zostawiamy na parkingu położonym w górnej części miejscowości. Jeszcze trochę wyżej  jest kaplica i cmentarz i parę domostw. Zaparkowane bryczki mają tu niezłe widoki. Otchłań przepaści i morska toń po horyzont. Rosochate oliwki z tyłu i srebrzyste agawy, zamiast barierek, na krawędzi urwiska.

parking1
widok z parkingu

Z parkingu, stromą ścieżką  schodzimy do kwater położonych przy plaży, czyli na poziomie morza. Ścieżka jest stroma, niezabezpieczona. Ściskam kurczowo ręce dzieci. Emi przewraca oczami nad moją bojaźliwością.

Mniej więcej co drugi dzień będziemy pokonywać tę drogę jadąc na jakąś wycieczkę lub na zakupy. Oliwę i wino kupujemy od babć „po drodze”.

drogadosklepu7
droga do wioski

Rząd kamienic łukiem otacza śliczną zatoczkę. Większość domów odnowionych, ze dwa w uroczej ruinie. Rząd palm i asparagusów oddziela je od plaży.

DSC_3636
plaża

Pod palmami poustawiano mini ogródki – ławeczki, stoliczki, kamienne donice pełne ziół, murowane grille. Tuta się biesiaduje i przeczekuje godziny najgorszego upału. Ba, niektórzy spędzją tu całe dnie, ze szklaneczką na stole i książką w rękach. Przy karcianej grze. Tutaj zasiadają też miejscowi. Przesiadywał tu tez godzinami, nad szklaneczką rakii i z nieodłącznym papierosem w ustach nasz niefrasobliwy gospodarz, na co dzień hipster z Dubrownika.

pod palmami
pod palmami

Przed nami 7 dni błogiego nicnierobienia.

Pisząc : „nie ma tu nic” miałam na myśli to, że nie ma tu sklepów, straganów, lodziarni, karuzel… tego wszystkiego z czym może kojarzyć się kurort. I bardzo dobrze. Nic nas nie rozprasza, nic nie rozprasza dzieci, które całą uwagę i energię mogą poświęcić temu, co jest tu i teraz: morzu, niebu, roślinności, sobie samym i rodzeństwu, nam rodzicom. W rezultacie wakacje tutaj finansowo wypadają stosunkowo korzystnie – po prostu nie ma gdzie tracić kasy 😉 Traf losu chciał, że podczas obu pobytów tutaj, wcale się nie umawiając,  spotkaliśmy pewną sympatyczną rodzinę Polaków, którzy obecnie mieszkają w Belgii, a których dzieci – dwie dziewczynki – bardzo się polubiły z moimi EMilenkami.

uliczka w Podobuce
uliczka

Ach! przecież są tu dwie „restauracje”. Ich specyfika polega na tym, że stolik rezerwujemy dzień wcześniej– jednocześnie ustalając menu.  Chcesz ośmiorniczki na żaru albo prżene? Restaurator złowi je dla ciebie poprzedzającej kolację nocy.

rybak

Ryby też będą świeżo złowione. Kartofelki? Się ukopie. Winko? Się utoczy. Ciasto? Się upiecze. Jak się impreza rozkręci, to śpiewy Adriatyk niesie chyba aż na Korculę, której światła migają na horyzoncie.

Na końcu plaży, u Bożo można kupić lody i piwo. I internet, ale tutaj stosowane są jakieś kosmiczne ceny. Bozo łatwo rozpoznać, gdyż ma jedną nogę – co mu bynajmniej nie przeszkadza grać w piłkę nożną. Plażę zamyka coś w rodzaju betonowego, dość rozległego molo – tytaj rozgrywają się mecze. Jasne – piłka co chwilę ląduje w morzu. Tym więcej zabawy dla młodych chłopców – ci z fantazją wskakują do morza i wyławiają piłkę dla swoich ojców i starszych braci. Czasem jakiś turysta pomoże.

W niedzielę jest jedna msza w miniaturowym kamiennym kościółku. Polecam odwiedzić cmentarz położony po sąsiedzku z kościółkiem. Ten widok!

Nasz dzień w Podobuce:

Nasz „apartament” to spory, ale JEDEN TYLKO pokój z kuchnią w aneksie. Fajnie wyeksponowana ściana z surowej cegły, nowocześnie wyposażona kuchnia . Kontrast stanowi umeblowanie „salonu”:  wczesny Jaruzelski, czy raczej późny Tito.

Jak zwykle last minute – nie ma co marudzić.

Prześcieradło, którym przykryłam dzieci na noc, aby ochronić je przed komarami, leży na podłodze. Łagodny wietrzyk od morza przeciska się przez szpary antycznych, drewnianych żaluzji i  wydyma firankę. Początkowo słychać tylko szum fal, z czasem pierwsze śmiechy porannych ptaszków. Rodzice by chcieli pospać trochę dłużej, ale Kubuś już chce kakao. Wstaję. otwieram żaluzjowe okiennice i wychodząc na balkon, który o poranku jeszcze jest ocieniony,  po raz n-ty z niedowierzaniem rozglądam się dookoła. Z niedowierzaniem, bo po nocy wydaje mi się, że to był tylko sen. Że tu nie może być aż tak pięknie. Ale jest.

widok z okna
widok z okna

Szum morza – a właściwie tylko delikatny chrzęst przesuwających się kamyczków, zagłuszają cykady. W południe rzegocą  już całe zbocza otaczających zatokę gór. Szybkie śniadanie: chrupki z mlekiem dla dzieci. Domowa oliwa, pomidory i boskie sery dla dorosłych. Do tego kruh i coś w rodzaju podpłomyków. Potem mozolne smarowanie filtrami. Na twarz nakładam SPF 50 (wyglądam jak ptyś), na „resztę” 30. Wszyscy obsmarowani? Po schodach na dół i już na plaży. Tutaj już czeka na nas nasza miejscówka. Zabawki i maty przygniecione kamieniami, żeby nie odleciały. I tak plażujemy do obiadu. Jeśli ktoś nie siedzi aktualnie w wodzie to chowa się pod parasolem lub w koronach asparagusów. Niektórzy drzemią w cieniu. Przed południemplaża nieco pustoszeje. Ja też zostawiam towarzystwo i idę do domu ugotować obiad – czyli makaron z sosem ze słoika. Polecam sosy marki Barilla (szczególnie Pecorino albo Ricotta). Gotuję i popijam lampkę domowego wina. Picie tej lampki w dzień, i do tego dzień upalny kojarzy mi się z wakacjami. Taki dziwny stan.

Wołam moją bandę. Dzieci biadolą, że już do domu. Przed wejściem do kamienicy jest prysznic. Fajna sprawa – każdy spłukuje z siebie sól. Gorzej, bo do domu wszyscy wchodzą ociekając wodą.

wioska1
wejścia do kamienic

Obiad. Po obiedzie mała sjesta. Dziewczyny wyciągają swoje pamiętniki, rysują. Kuba jeździ pociągami po podłodze. Ja przeglądam mapę półwyspu. Mąż sprawdza pocztę – praca:/

Robimy kawę, planujemy popołudnie i wieczór.

 

Po sjeście znowu żmudne smarowanie. Naciagamy stroje, które już wyschły na pieprz i zbiegamy na plażę. Woda jest tak słona, że nawet ja umiem pływać. Na zmianę z K odpływamy dalej od brzegu, aby zaznać odrobiny ochłody na głębszej wodzie. Bawimy się. Moje ulubione zabawy to oczywiście wyszukiwanie kamieni o ciekawych kształtach i budowa zamków (a właściwie kamiennych kopców) z fosami. K i Emi wolą skoki z molo.

Pod wieczór całą zatoczkę spowija zapach grillowanych potraw. Na stolikach zapalają się lampiony. Obok lądują misy makaronów, sałat.  Oczywiście kolorowe szkło. Szczególnie Czesi, których jest tu chyba najwięcej upodobali sobie codzienne biesiadowanie. Wesołe watahy dzieci  biegają po molo i po plaży, wyluzowani rodzice spokojnie popijają wino. My też czasem zasiadamy pod palmami – ale serce podchodzi mi do gardła, kiedy dzieci biegną same na molo.

W 2014 trafiło się kilka wietrznych dni.

Tego jeszcze w Chorwacji nie widziałam. Nocą była burza, a rano…

DSC_1971
fale na Adriatyku?

A potem była wspaniała zabawa:

 

DSC_3817
zabawa

 

 

DSC_3832
***

 

DSC_3663
***

 

 

DSC_1979
pochmurnie ale gorąco

Tak co drugi dzień jedziemy na jakąś wieczorną wycieczkę. Wycieczki: Korcula, Loviste, Neum, Ston i Mali Ston,  opiszę niebawem.

Nocą, po powrocie z wycieczki  i po rozładowaniu zakupów, bierzemy koc, kilka przysmaków i idziemy na sam koniec molo. Słuchamy jak fale uderzają w płaski mur: plonk! Jak syczą na skałach obok. Po niebie, wśród gwiazd przesuwają się światełka samolotów. K świeci latarką w głębinę – chce zwabić ośmiornicę. Na horyzoncie światełko latarni. Słychać śpiewy z restauracji nad winnicami, ciche rozmowy z tarasów i balkonów. Pod palmami jeszcze ostatnie chwile biesiady. Oszałamia zapach gałązki rozmarynu rzuconej na dogasające węgle. Potem jeszcze posiedzimy na kamyczkach, dzieci popluskają się w czarnej wodzie. Magia okoliczności sprawia, że pomiędzy siostrami zapada rozejm. Lubię patrzeć jak spacerują wzdłuż brzegu morza, rozmawiając.

DSC_2083
siostry

Nocami można też usłyszeć upiorne wycie szakali. Ich nawoływanie jest niesamowite, jak płacz dzikich zombie-dzieci. Strasznie – naprawdę strasznie. Może to zasługa przypominającego kocioł położenia miejscowości, ale zawsze miałam wrażenie że jakiś szakal jest tuż tuż. W końcu wracamy do mieszkania. Prysznic, ząbki i spać. Teraz mama i tata mogą sobie usiąść na balkonie i w świetle księżyca nagadać się na zapas.

Albo pomilczeć.

DSC_3899

Email to someoneShare on FacebookTweet about this on TwitterPin on PinterestGoogle+
  • Robert

    Ale się nakręciłem czytając! Jadę do Podobuc 2 sierpnia, a więc na jakieś 6 tygodni. To moja 10 wizyta w Chorwacji i druga na półwyspie, który uważam za najpiękniejszą część Chorwacji. Nie mogę się doczekać!

    • admin

      Och! Jak zazdroszczę! Podobuce jeszcze cię utwierdzi w opinii o półwyspie!

  • Agnieszka

    Byłam na peljesacu kilka lat temu i były to jedne z najcudowniejszych wakacji. Byłam w orebicu i marzy mi sie powrót, ale może tym razem w inne miejsce. Czy mozna prosić o jakieś namiary na kwaterę, bo zdjęcie z widokiem jest niesamowicie przekonywującego aby wybrać akurat te miejsce. Będę wdzięczna.